Kurs Turystyki Górskiej Ceneria: outdoorowa porównywarka cen
www.ImprezyPodroznicze.pl
www.peron4.pl
www.szlaki.net.pl
www.skg.uw.edu.pl
Czarnogóra (3-21 Maja 2006)

Uczestnicy
Ola Pacowska-Brudło, Paweł Brudło, Robert Kubajek

Wstęp
Jeszcze trzy tygodnie przed wyjazdem do Czarnogóry wiedziałem o tym kraju mniej więcej tyle co na przykład o Togo czy Beninie, to znaczy bardzo, bardzo niewiele. Nie byłem w stanie wymienić nazwy ani jednego czarnogórskiego miasta, po głowie błąkały się strzępki informacji, że nie dawno powstała federacja tego kraju z Serbią, że nazwa "Jugosławia" przestała istnieć na współczesnej mapie politycznej Europy, natomiast nie znałem najmniejszego powodu by się tam wybierać.
I oto gdzieś w połowie kwietnia pojawił się pomysł wyjazdu: Ola i Bronek wzięli urlop na początek maja, ja również planowałem wyjechać wiosną na dłużej, i w ten oto sposób zrodził się pomysł wyprawy bezpośrednio po majowym rajdzie "Trampa" po Pogórzu Przemyskim. Wybór padł na Czarnogórę, gdzie, jak wynikało z przewodnika miało być mnóstwo gór, ciekawych miast, a także pelikany (które z nieokreślonych powodów od razu pomyliły mi się z flamingami), hipopotam i generalnie ciepły, śródziemnomorski klimat. Czego chcieć więcej...

3.05 Dzień wyjazdu, czyli Stróże żegnamy bez żalu
Kolejne udane Przejście Majowe zakończyliśmy, wraz z główną grupą powracających "Trampów", wsiadając wieczorem do pociągu Wetlina. Jazda nie była długa, bo już o godzinie 22.21 wysiedliśmy w Stróżach, skąd już po północy, o 0.37 dalej mieliśmy ruszyć "Cracovią". Czas oczekiwania wypadło nam spędzać w dworcowym barze szybkiej obsługi, który miał wiele zalet, przede wszystkim niskie ceny oraz czas pracy przez okrągłą dobę. Przyciągało to również innych gości, a obserwacja (w barze i generalnie na dworcu) nocnego życia Stróży, zakrapianego wódką rozlewaną pod stołem do plastikowych kubeczków, jakoś mnie nie napawała spokojem. Jednak nawet do widoku dwóch młodzianów włóczących ze sobą wiatrówkę szło się przyzwyczaić i oto wreszcie nadszedł czas naszego odjazdu.
"Cracovia" oczywiście świeciła pustkami i nawet zbytnio się nie zdziwiliśmy, że wagon, do którego wsiedliśmy, był ciemny i nieogrzewany. Chcieliśmy się trochę wyspać przed dojazdem do przejścia granicznego Muszyna - Plavec, więc zalegliśmy na siedzeniach (i podłodze) i szybko zasnęliśmy.

4.05 Subotica - krasawica, czyli wróć burek!
Tak jak tego należało się spodziewać, zostaliśmy obudzeni na granicy, jednak to obudzenie formę miało mocno osobliwą. Przejście polsko-słowackie, środek Europy, Unia Europejska zawitała i u nas pod strzechy, a tu przychodzą jacyś ludzie z latarkami (to jeszcze zrozumiałe - oświetlenie nie działało) i zamiast grzecznie w stylu: "Dobry wieczór, kontrola graniczna, proszę przygotować paszporty" i taki tam słodkie, graniczne gadki, to ci do nas mordami co my tu robimy, kto my jesteśmy i jacyś tacy nieprzyjemni, zupełnie bez szacunku dla pasażera. No i dalej nas wypytywać, że jak się dostaliśmy do tego, rzekomo zamkniętego na klucz wagonu, który oni dopiero przed chwilą otworzyli. Na szczęście przyszedł jakiś kolejarz i wyjaśnił, że ten wagon to on niedawno zamknął, więc mogliśmy jednak wcześniej wsiąść. Problem się rozwiązał, tyle że kazano nam się przenieść do innego wagonu.
Po jakimś czasie przyszła słowacka konduktorka i się nieco burzyła, że nie mamy biletu na odcinek graniczny, ale ostatecznie sprzedała nam tylko na trasę Plavec-Koszyce (130 SKK) i jeszcze ostrzegła przed Cyganem, co to w pobliżu tylko czatuje by nas okraść jak zaśniemy. Nocy jednak nie zamierzaliśmy spędzać na czuwaniu i zasnęliśmy, więc uczynna konduktorka ponownie nas ostrzegła, a w końcu siadła w pobliskim przedziale i cały czas miała baczenie na podejrzanego Cygana.
W tych komfortowych warunkach dojechaliśmy do Koszyc, gdzie Bronek pobiegł do kasy, kupił powrotny bilet do Miszkolca (190 SKK) i dalej można było pogrążyć się w śnie.
W Miszkolcu opuściliśmy "Cracovię" by dwoma IC (4470 HUF), z przesiadką w Budapeszcie (ekspresowe przemieszczenie się metrem z Keleti na Nyugati - 200 HUF), dotrzeć szybko do Segedu, w sam raz by zdążyć na szynobus do serbskiej Suboticy (powrotny za 1026 HUF). Na odcinku granicznym dane było nam zaznać wreszcie nieco egzotyki rodem z socjalizmu, bo trasa jest obsługiwana przez wysłużony jugosłowiański pojazd z lat chyba sześćdziesiątych. Siedzenia z jednej strony trzyosobowe, z drugiej dwuosobowe, mięciutkie, z czerwoną, pluszową tapicerką, skonstruowane w ten genialny sposób (zasługujący na nobla co najmniej), że jednym lekkim ruchem ręki można było zmienić położenie oparcia tegoż siedzenia - powodując, że siedziało się przodem lub też tyłem do kierunku jazdy - w zależności od fanaberii pasażera. Mam nadzieję, że zdjęcie odda genialność wynalazku...



Sama jazda, blisko 2 godziny, w upale, z minimalną prędkością, po prostym, nieco zarośniętym torze na płaskiej po horyzont Wielkiej Nizinie Węgierskiej była nieco monotonna, ale pozwalała na tej peryferyjnej trasie poczuć klimat jak z filmów Kusturicy - znudzony maszynista, przemytnik upychający towar pod siedzeniami, wreszcie pasażerowie - w większości mieszkańcy nadgranicznych wiosek...
W Suboticy kupiliśmy bilet na nocny pociąg do Baru (nie było kuszetek, więc zdecydowaliśmy się na 3-osobowy przedział sypialny - bilet na przejazd ze zniżką 20% dla grupy kosztował 1371,10 DIN plus do tego 890 DIN za rezerwację miejsca w sypialnym - razem wyszło ok. 26 EUR), zostawiliśmy bagaż w przechowalni i zaczęliśmy zwiedzanie miasta. Urzekło nas bałkańską roślinnością, ciepłem, życiem tętniącym na ulicach i zabytkami z czasów władzy węgierskiej - ratusz, synagoga, teatr, pałac Raichl.


No i zapoznaliśmy się bliżej z bałkańska kuchnia - przede wszystkim pljeskawicą (rodzaj wielkiego kotleta mielonego smażonego na grillu w bułce i dużą ilością surówek) i burkami (tłuste ciasto francuskie z nadzieniem - ser, mięso, ziemniaki, jabłka itp.). Są to potrawy tanie, bardzo sycące, a przede wszystkim świeże i gorące: pljeskawicę smaży się dla konkretnego klienta (jak na poniższym zdjęciu), a burki - sprzedawane obok innych wypieków w bardzo licznych pekarach - są pieczone na miejscu przez cały dzień.

Na szyldach często widnieje napis "wroci burek", który bardziej na miejscu jest czytać "wróć burek", choć oznacza nie co innego jak... gorące burki. Podróż do Baru zaczęliśmy syci i szczęśliwi.

5.05 Czas zwiedzania
Porządny sen zakłóciła mi tylko kontrola policji (zupełnie nieoczekiwanie znaleśli się w zamkniętym przedziale) oraz jakiś szum w umywalce (którą Bronek potraktował w nocy jako pisuar:-) ) i nad ranem z okien pociągu mogliśmy podziwiać jedyne w swoim rodzaju widoki gór, przepaści, głębokich kanionów, gdyż linię kolejową na długim odcinku poprowadzono licznymi tunelami, wyciętymi w skale półkami, mostami i platformami.



W Barze chcieliśmy wynająć samochód i przekonaliśmy się, że początek maja to jeszcze nie sezon turystyczny, bo wszystkie napotkane wypożyczalnie były nieczynne. Ostatecznie z pomocą biura turystycznego udało nam się skontaktować z panem Zdravko, przedstawicielem wypożyczalni Meridian i na 4 dni (za 160 EUR) stać się użytkownikami malutkiego Hyundaia Getz. Z ust wspomnianego Zdravka przy okazji dowiedzieliśmy się, że w góry to on nigdy nie jeśdzi, bo mu tam zimno i dlatego najlepiej jest nad morzem. W duchu uśmiałem się z leniwca, ale... za jakiś czas jego filozofia znalazła pewne uzasadnienie... Na początek zwiedziliśmy nieśle zachowane ruiny Starego Baru (odległe o około 10 km od miasta Bar). W obrębie potężnych, starych murów twierdzy zachowało się mnóstwo budowli - m.in. cerkwie, wieże, akwedukt, łaśnia turecka. Całość terenu jest nieco zaniedbana, ale dzięki temu turysta nie jest skrępowany trasami zwiedzania, obecnością osób pilnujących zabytków.


Następnie pojechaliśmy do Ulcinj. Podobnie jak w innych nadmorskich miastach Czarnogóry, atrakcją jest tu stare miasto otoczone murami warowni i dalej zamieszkałe przez zwyczajnych mieszkańców.
Cała ta część Czarnogóry zamieszkana jest przez liczną mniejszość albańską, dużo tu widać meczetów, muzułmanów na ulicach, a klimat, nawet jak na czarnogórskie warunki, jest ciepły i suchy. Charakterystyczne dla Czarnogóry są rzesze starych, pordzewiałych przeszło dwudziestoletnich aut, z renault 4 i zastawami na czele.


Przed wieczorem obejrzeliśmy stare gaje oliwne nad zatoką Valdanos,

a następnie ujście Mileny i wyspę Ada na granicy albańskiej i nie bez problemów, przez podmokłe tereny, dotarliśmy na nocleg na piaszczysty brzeg morza. Przy piwie Niksicko uczciliśmy koniec pierwszego dnia w Czarnogórze.

6.05 Jezioro Szkoderskie
Gigantyczne Jezioro Szkoderskie (na pograniczu Czarnogóry i Albanii), a dokładnie piękne krajobrazy na jego brzegu, stare monastyry na jego wyspach oraz unikalne ptactwo gnieżdżące się w jego okolicach były tego dnia naszym celem, ale w praktyce wszystko wyglądało nieco inaczej, niż miało wyglądać. Na początku z niemałym trudem wybraliśmy się nad Jezior Sasko, gdzie miały się znajdować wyśnione przez Olę pelikany, ale nie było to takie łatwe. Przede wszystkim w bardzo górzystym terenie nie można obrać kierunku względnie na azymut, tylko trzeba decydować się na podróż wąskimi i stromymi dróżkami, które nie zawsze biegną w pożądanym kierunku. Należało więc się przyzwyczaić do myśli, że drogi, które na podstawie oględzin mapy powinny być przelotowe, w miarę główne i w związku z tym dość wygodne (=szybkie), na pewno takie nie są. Według polskich standardów, ich szerokość kwalifikowała je do kategorii dróg jednokierunkowych, a stromość i krętość zdawała się sugerować, że za chwilę skończymy podróż na jakimś szczycie. Po czasie jednak zdaliśmy sobie sprawę, że w Czarnogórze znaczną część dróg pokonuje się na drugim, góra trzecim biegu, a o średniej prędkości na poziomie 50 km należy zapomnieć. Do tej konstatacji dochodziliśmy przez spora część dnia, natomiast rano udało się co prawda znaleść jezioro Sasko, ale schowane między górami, nie zaprezentowało się w pełnej krasie, a i po pelikanach śladu nie było. Przy okazji tych poszukiwań mogliśmy za to się rozkoszować górzysto-stepowym krajobrazem, z niewielkimi wioskami i licznymi minaretami oraz obejrzeć ruiny starego monastyru.



Pogodziliśmy się z myślą, że pelikanów nie zobaczymy i pojechaliśmy nad Szkoderskie. Jako mieszkaniec nizinnego Mazowsza, przyzwyczajonego do jezior mazurskich, też położonych we względnie płaskim, co najwyżej pofałdowanym terenie, cel naszej wycieczki wyobrażałem sobie następująco: w terenie płaskim jedziemy drogą oddaloną o kilka kilometrów od Szkoderskiego (tak wynikało z posiadanej przez nas mapy), trafiamy na jakąś prostopadła drogę, dojeżdżamy w okolice brzegu, patrzymy na jakąś wioskę rybacką, monastyr na wyspie, a następnie zawracamy do głównej drogi i jedziemy dalej, do kolejnego ciekawego miejsca. W praktyce dojazd wyglądał tak, że wąską, stromą drogą wjechaliśmy na przełęcz na wysokości około 700 m i zobaczyliśmy wielkie, piękne jezioro oddalone o paręnaście kilometrów. Dodam tylko, że poziom wody w nim znajduje się na wysokości około 6 m npm... Innymi słowy przed nami było strome, skaliste zbocze schodzące prosto do wody. Droga zaś gdzieś na tym zboczu. Teren jest w większości bezleśny, droga na skraju przepaści nie posiada barier ochronnych, więc jazda (a w szczególności mijanki) są emocjonujące, zaś widoki w dół - przepiękne.


W tej części Czarnogóry spotkaliśmy największą liczbę węży, jaszczurek (z uwagi na ich wielkość właściwsze jest mówić o jaszczurach), żółwia. Ostatniego dnia przed wyjazdem znaleśliśmy jeszcze skorpiona, ale wlazł w skalną szczelinę i mimo zachęcających szturchnięć patykiem nie chciał się pokazać.


Jazda drogą nad jeziorem zabrała nam znaczną część dnia. O charakterze tej drogi (by nie było: asfaltowej) niech powie fakt, że w tym czasie przejechaliśmy około 50 km. Na postój i obiad zjechaliśmy na sam brzeg do Donji Murići, następnie pojechaliśmy na niski, północny brzeg jeziora, gdzie wiosną woda zalewa znaczne obszary.

Nocleg znaleśliśmy tuż za Rijeką Crnejowića, co na stromym i kamienistym zboczu nie należy do czynności łatwych, ale kawałek przydrożnej łączki pośród obłędnie pachnącego dzikiego bzu i jakichś nieznanych mi ziół, spełnił swe zadanie.

7.05 Pierwszy śnieg
Cztery dni jazdy samochodem były bardzo przyjemne, wysoka temperatura nie zmuszała do gotowania wrzątku na kolację ani na śniadanie, wieczorem zjadaliśmy jakieś burki i inne cudne wyroby pekar, wypijaliśmy jakieś wino lub 2-litrowe piwo, a rano śniadanie jedliśmy na biwaku, gdzieś po drodze w urokliwym miejscu lub jechaliśmy do najbliższej pekary. Życie bardzo nieskomplikowane.
Z trudem poruszając się autem po wąskich, górskich drogach pomiędzy bardzo licznymi i bardzo małymi osadami, często położonymi na górskich zboczach, zrozumieliśmy w jaki sposób temu narodowi udało się przez stulecia zachować faktyczną niezależność od mocarstw (przede wszystkim Turcji) formalnie okupujących Czarnogórę. By zbrojnie opanować ten teren by należało każdą taką naturalnie ufortyfikowaną i otoczoną kamiennym murem osadę zdobyć, a następnie utrzymać w niej garnizon. Ten kawałek gór nie był wart takiego zachodu...
Tego dnia pojechaliśmy do Cetynii - starej czarnogórskiej stolicy, ale nim wysiedliśmy z auta lunął potężny deszcz, który przytrzymał nas w aucie ponad pół godziny. Po niebie przechodziły potężne chmury, ale udało nam się zwiedzić dość ciekawy monastyr, rezydencję króla Mikołaja (z pół setki polskiej szlachty miało wystawniejsze pałace) i parę pomniejszych zabytków.


Następnie pojechaliśmy obejrzeć sławne mauzoleum Piotra Niegosza - ichniejszego XIX-wiecznego sławnego poety i władcy. Gigantyczne mauzoleum zbudowano na szczycie Jezerskiego Vrhu (1660 m npm), przy czym na ponad 1500 m można wjechać samochodem i tylko ostatni odcinek pokonuje się pieszo (462 stopnie). Wysokość obiektywnie nie budzi szacunku, szerokość geograficzna Marsyli / Warny, więc tym większe zaskoczenie, gdy w pewnym momencie droga skończyła się półmetrowym śniegiem. Ale mauzoleum zdecydowanie jest warte zwiedzenia - jest to gigantyczna budowla, do której dojście poprowadzono ponad stumetrowym tunelem (wydrążonym w górze specjalnie na tę okoliczność).


Tego dnia w ekspresowym tempie zwiedziliśmy jeszcze Niksić oraz wbudowany w skałę fantastyczny monastyr Ostrog. Droga do niego również pnie się stromym zboczem, a na koniec paręnaście minut trzeba podejść pieszo. Sam klasztor, w którym przechowywana jest bardzo czczona relikwia św. Bazylego, jest mały, a czas zwiedzania reglamentowany, ale i tak jest to moim zdaniem najwspanialsza budowla Czarnogóry.

Próbując znaleść drogę wyjazdową z Niksića do Żabljaka spotkał nas taki oto dowód wyjątkowej serdeczności ze strony Czarnogórców: wyjeżdżając z miasta Bronek zobaczył w lusterku jadącego za nami golfa i zatrzymał się by umożliwić mu wyprzedzenie nas (jeśdziliśmy ostrożnie, w odróżnieniu od miejscowych), ale ów kierowca zatrzymał się koło nas tylko po to by nam powiedzieć, że jeśli jedziemy do Żabljaka, to wybraliśmy złą drogę, bo ta którą jedziemy, w górach jest zasypana śniegiem. Jasnowidz jakiś?! Oczywiście zawróciliśmy.

8.05 Górski zwiad
Po zakończeniu objazdu wybieraliśmy się na pieszą wycieczkę, więc przy okazji zwiedzania północnej części kraju, w której znajdują się najwyższe pasma, z Durmitorem na czele, chcieliśmy przyjrzeć się tym górom, a przede wszystkim warunkom śniegowym. Tak jak się obawialiśmy, rozglądając się z okien pociągu w dniu przyjazdu, śniegu było znacznie więcej niż się tego pierwotnie spodziewaliśmy, więc zobaczyliśmy z szosy najciekawsze miejsca i ograniczyliśmy się do krótkich spacerów w parkach narodowych: Durmitoru (nad Czarnym Jeziorem) i Biogradska Góra (wokół Jeziora Biogradskiego). Ale na początku tego dnia przyjrzeliśmy się z bliska kanionowi Komarnicy.


W kategorii pięknych i głębokich kanionów Czarnogóra może śmiało konkurować z każdym krajem. Głębokość kanionu rzeki Tary osiąga nawet 1300 m, a jego obserwacja jest szczególnie przyjemna ze słynnego mostu mostu o długości 366 m i wysokości 170 m, który to most jest kolejną znaną atrakcją Czarnogóry.

Czarne jezioro -

Biogradskie jezioro -


Pod koniec dnia, śpiesząc ku nadmorskiemu Kotorowi, który chcieliśmy zwiedzić następnego dnia, dalej poznawaliśmy realia podróży po tutejszych drogach. Główna arteria Czarnogóry, łącząca wybrzeże i stolicę z Serbią, to zwykła jednopasmówka, poprowadzona przez góry, co powoduje, że w trakcie jazdy nie sposób się nudzić. Na wielu odcinkach składa się wyłącznie ze skrętów, tuneli, podjazdów lub zjazdów i w tych warunkach wyprzedzanie (lub bycie wyprzedzanym) to emocjonujące przeżycie. Ta właśnie trasa na paru odcinkach jest modernizowana, co oznacza dwukrotne w ciągu dnia jej zamykanie na 2 godziny. Kierowcy znoszą to cierpliwie (bo nie mają wyjścia), natomiast tworzą się gigantyczne korki. W tych warunkach wieczór zastał nas w górzystym rejonie Rijeki Crnejowići, więc wybraliśmy pierwszy zjazd do górskiej osady, wjechaliśmy niemal na szczyt góry i zanocowaliśmy tuż przed rozległą posiadłością. Jej właściciel wkrótce nas odwiedził i był z początku nieufny, ale gdy dowiedział się, że jesteśmy Polakami, ostrzegł tylko przed żmijami i niedświedziem i życzył dobrej nocy.

9.05 Wybrzeże
Rano szybko dojechaliśmy do Budvy i zwiedziliśmy dokładnie jej starówkę. Nie jest wielka, ale mnie zachwyciła, tym bardziej, że byliśmy wcześnie, przed grupami turystów.



Zbliżał się czas oddania auta do wypożyczalnie, więc jadąc do Baru obfotografowaliśmy z góry najbardziej chyba rozpoznawane miejsce Czarnogóry - wyspę św. Stefan, połączoną groblą z lądem (czyli to bardziej półwysep) i z uroczą zabudową. W całości jest zajęta przez ekskluzywny hotel.

Z Baru pojechaliśmy autobusem (4,3 EUR) do Kotoru, gdzie po długich bojach znaleśliśmy nocleg na kwaterze (7,5 EUR/os.). Babcia jak tylko pokazała nam pokój, a jeszcze przed ustaleniem ceny, zaproponowała nam po kieliszku rakiji, ale by nie osłabiać swej pozycji negocjacyjnej - odmówiliśmy (niemądre my! więcej tego błędu nie popełniliśmy:)). Póśnym wieczorem wdrapaliśmy się na mury twierdzy górującej, nad miastem,

a potem korzystaliśmy z lokalnych trunków serwowanych w knajpach po bardzo przystępnej cenie:)

10.05 Dubrownik
Poranny (6.00) autobus zawiózł nas do Chorwacji za złodziejską cenę 12 EUR, choć to tylko około 80 km! W porównaniu z Czarnogórą, Dubrownik jest koszmarnie drogi, poczynając od biletów wstępu, poprzez dojazd i ceny w pekarach czy restauracjach. Z okien autobusu obejrzeliśmy urocze wybrzeże nad Zatoką Boka Kotorska, bez problemu przekroczyliśmy granicę i po około 3 godzinach jazdy byliśmy na miejscu. Nim doszliśmy do starego miasta, na przystanku musieliśmy przeczekać potężną ulewę. Zwiedzanie rozpoczęliśmy wraz z setkami turystów, którzy deszcz przeczekali w swoich autokarach, a następnie (gdy się wypogodziło), jednocześnie ruszyli na zwiedzanie. Na początku trudno się było przecisnąć przez zatłoczone place i uliczki, ale udało się znaleść także spokojne zaułki.



Ola i Bronek poszli zwiedzać mury miejskie, ja natomiast poskąpiłem 50 kun (ok.7 EUR - cena biletu) i w tym czasie odpoczywałem nad wodą, obserwując lokalnego gada.

Widok z góry na stare miasto:

Jeszcze tylko mała degustacja...

i wieczorny autobus odwiózł nas do Kotoru.

11.05 Nad Boką Kotorską
Ola i Bronek pojechali zwiedzać Herceg Novi, a ja zrealizowałem swoje marzenie, by przez jeden dzień nigdzie nie jechać, bardzo powoli zwiedzić Kotor i odpocząć / polenić się. Na targu kupiłem pyszne sery (kozie, owcze i krowie), oliwki i wszystko szło dobrze aż do południa, gdy nadeszła ulewa. Nad zamkniętą stromymi zboczami gór Bokę nadeszły niskie chmury i przez następne godziny tylko w przerwach między deszczem mogłem się swobodnie poruszać. Miasto bardzo ciekawe.



U jednego z bardzo licznych w tym kraju bukmacherów odkryłem taką oto specyficzna pisownię nazw chyba wszystkim znanych (przedostatnia kolejka ekstraklasy).

Przed północą, już w komplecie, pojechaliśmy autobusem do Mojkovaca, skąd zaczęliśmy wycieczkę w paśmie Bjelasicy.

12.05 Zdravko miał rację!
Do Mojkovaca (8,5 EUR) dojechaliśmy około 4 nad ranem i od razu ruszyliśmy w góry. O świcie byliśmy już nad miastem. Zgodnie z prognozą pogody tego dnia miała nastąpić trwająca kilka dni poprawa pogody. Nic jednak tego nie zapowiadało, bo na wysokości około 1500 m przechodziły niskie chmury, na zalesionych zboczach widać było dużo śniegu, a dodatkowo zaczęło się mocno ochładzać i w każdej chwili mogło zacząć padać. Bałkańska wiosna swym zasięgiem najwyraśniej nie chciała objąć gór. Jakoś życzliwiej pomyślałem o panu Zdravko z Baru, który wiedział co w jego kraju jest warte zwiedzania, a dokąd nie należy jeśdzić (bo w górach śnieg i zimno)... Gdy zastanawialiśmy się czy lepiej rozbić namiot i przeczekać kiepska pogodę, czy też przejść jeszcze kawałek i wcześnie stanąć na noclegu, doszliśmy do katuna, czyli miejsca gdzie zbudowano bacówki. Te, jak i większość póśniej spotkanych, stały jeszcze puste i gdy okazało się, że jeden z budynków jest otwarty (obora dla owiec z pięterkiem na siano), od razu zdecydowaliśmy się urządzić sobie w nim drzemkę (może po południu się wypogodzi...). Na strychu było ciepło i sucho i po marnie przespanej nocy w autobusie szybko zasnęliśmy.
Gdzieś po trzech godzinach wstaliśmy i okazało się, że pogoda faktycznie się poprawia! Jeszcze spadł drobny grad, ale przez chmury zaczęło prześwitywać słońce. Szliśmy więc po po pięknych połoninach, a pogoda zrobiła się prawdziwie letnia. Tylko ten śnieg, przede wszystkim w widocznym w oddali paśmie Komovi, przez które mieliśmy wkrótce iść, powodował niemiły dysonans.


Pod koniec dnia trafiliśmy na większe ilości śniegu (ale ubitego, po którym szło się dość wygodnie) oraz krokusów, które pokrywały ogromne polany.

Nocleg znaleśliśmy na terenie katuna Reljine (na północno-zachodnich zboczach masywu Crnej Glavy) - jedynego w okolicy miejsca nie pokrytego w całości śniegiem, z drewnem i dostępną wodą (wypływającą spod śniegu). Tego wieczora szlachetną berbeluchę popijaliśmy wytrawnym czerwonym winem Vranac (99 centów za litr).

13.05 Na Czarnej Głowie
Dzień zaczęliśmy od bardzo stromego podejścia po śniegu, jeszcze krótki odcinek po płaskim i najwyższy szczyt Bjelasicy - Crna Glava (2139 m) był tylko o krok. Zdobyliśmy go "na lekko".


Ze szczytu roztaczał się widok na góry niemal całej Czarnogóry i północnej Albanii. Największe wrażenie robiły dwa szczyty: Kom Kućki (2487 m) i Kom Vasojevićki (2461 m) - strome i zaśnieżone, pod którymi mieliśmy się znaleść za dwa dni (nie zdecydowaliśmy się na ich zdobywanie).

Tuż obok była Zekova Glava (2117 m) z charakterystycznymi obiektami wojskowymi na szczycie.

Niebo było bezchmurne i słońce piekło mocno, ale ponieważ śniegu było dużo, trzeba było iść w ochraniaczach. Mokry śnieg powodował, że niezaimpregnowane buty przemakały mi po pół godzinie drogi, jednak na postojach schły równie szybko. Mijaliśmy zasypane śniegiem katuny, do których pasterze z owcami z pewnością długo jeszcze mieli nie dotrzeć.

Warstwa śniegu miejscami przekraczała 1,5 m (pod nogami rzadko jednak zapadał się głębiej niż po kostki) i nawet pasterskie rozgrywki koszykówki raczej przed lipcem się nie zaczną:-)

Nocleg był ponownie w katunie, to były jedyne miejsca bez śniegu, płaskie, z dostępem do wody i drewna.

14.05 kafe, rakija, czyli dlaczego tak kochamy Czarnogórców:)
Początek dnia oznaczał znów duże ilości śniegu, ale szybko zaczęliśmy schodzić do Andrijevicy, co oznaczało koniec trasy w Bjelasicy. W krótkim czasie dokonaliśmy przejścia z krainy śnieżnej do krainy sielankowej, pokrytej soczystą zielenią, kwiecistymi kobiercami, z osadami tętniącymi życiem. Co niektórzy pasterze pytali ile w górach leży śniegu i nieco smutnieli gdy słyszeli naszą odpowiedś.


Zagłębiliśmy się między zagrody i by dalej nie szukać drogi, ruszyliśmy prosto w dół, przez czyjś sad, do widocznej z góry drogi, którą mieliśmy już prosto dojść do centrum wsi. Przechodząc koło chałupy nagle dostrzegliśmy zaskoczonego naszą obecnością chłopaka, rzuciliśmy więc uprzejme dobar dan i chcieliśmy iść dalej. Dostrzegł nas także staruszek, który będąc osobą z większym doświadczenie, przemówił do nas bardzo sensownie, mianowicie machnął na nas ręką i pytająco zawołał kafe? rakija?. Nie jesteśmy gburami, co to bez pytania chodzą po cudzym sadzie i nawet nie pozwolą się poczęstować:) Stanęło na tym, ze ów chłopak (Sasza) poszedł robić kawę, a jego dziadek poszedł do komórki i wrócił z butelka po piwie, do połowy wypełnioną rakiją.
Nawiązaliśmy więc uprzejma konwersację przerywaną regularnie wznoszonym toastem żiwieli. Produkcja tego samogonu najwyraśniej osiąga nieprzeciętna skalę, bo staruszek napełniając kieliszki nie dbał o to, że część rozlewa na stół. Nie mogłem patrzeć na to marnotrawstwo...Mądry to był człowiek, co udowodnił sentencją: "Rakija jest dobra, dobra i zdrowa". Był nie tylko mądry, szczodry (szybko poszedł do komórki i w wrócił z pełną karafką), ale i wrażliwy na kobiecą urodę - Ola otrzymała najpiękniejszego tulipana z jego ogrodu.

Gdy w karafce pojawiło się dno, było nam już naprawdę błogo, więc z pewnym żalem pożegnaliśmy gospodarza i poszliśmy do wioski (tego dnia mieliśmy jeszcze zrobić zakupy w Andrijevicy i podejść w górę na nocleg).
Zakupy na 4 dni, a przede wszystkim obiad w barze, były miłą kontynuacją tak dobrze rozpoczętego dnia.

15.5 Dzień najgorszy
Pogoda się zmieniła w dniu, w którym do przejścia był najtrudniejszy odcinek Komovi - obejście obydwu Komów. Przez większą część dnia niebo zasnuwały niski chmury, z których padał deszcz. W rezultacie widoki były bardzo ograniczone, a teren którym szliśmy - bardzo trudny. Drogi i ścieżki pod grubą warstwą śniegu były nie do odnalezienia, a nasz szlak w większości prowadził stromym, zalesionym, bezszlakowym trawersem (czasami na granicy bezpieczeństwa) i zdarzało się, że w śniegu noga wpadała za kolano. śnieg był paskudnie mokry i grząski, więc cały dzień przechodziłem w przemoczonych butach. Ponadto, gdy przed wieczorem nieco się przejaśniło, a my wyszliśmy na odkryty teren, to w zasięgu wzroku nie było katunu Carine, którego piękne, zielone pastwiska miały być miejscem noclegu. Zanocowaliśmy więc na pierwszym napotkanym wypłaszczeniu - w masywie skalistego Bavana (2252 m).

16.5 Dzień najkrótszy
Okazało się, że poprzedniego dnia to było chwilowe załamanie pogody i znów wróciła ciepła, słoneczna pogoda. Doszliśmy do "naszego" katunu - leżał pod głębokim śniegiem.


Sporą ciekawostką były salamandry uwięzione w... śladach butów Bronka! Poprzedniego wieczora schodził po wodę, a salamandry nocą wychodząc na żer powpadały w jego ślady i nie były w stanie się wydostać.
Dotarliśmy do cerkwi w katunie Sumor,

a następnie weszliśmy w góry Kuczkiej Krainy. Przez cały dzień towarzyszyły nam piękne widoki, szczególnie gór albańskich (poruszaliśmy się w odległości kilku kilometrów od granicy). Mając w perspektywie strome podejście na Maglicz (2140 m), zdecydowaliśmy się na wczesny nocleg na przełęczy. Z radości aż wszedłem do płytkiego bajora wypełnionego na pół roztopionym śniegiem, a wieczorem zrobiliśmy śpiewanki i zaśpiewaliśmy wszystkie utwory, które znaliśmy, albo choć tak nam się zdawało:)

17.05 Dzień kąpieli
Nieopodal miejsca noclegu znaleśliśmy ślady niedświedzia, co nie było wielką niespodzianką, bo góry wkoło po horyzont i ludzi bardzo niewiele. Na Maglicz jednak nie zdecydowaliśmy się wspinać, więc po zdobyciu Kozelj (1981 m) zeszliśmy do katunu Busat (1622 m), a następnie nad Jezioro Bukumirsko. I znów z krainy śniegu zeszliśmy na zielone, ukwiecone pastwiska.


Dzień był upalny, więc nadszedł ów szczególny moment, kiedy wreszcie postanowiliśmy się umyć. Było pusto, ale jak tylko Bronek się rozebrał, pojawili się pogranicznicy (Albania był tuż obok). W myciu przy brzegu mu to jednak nie przeszkodziło, być może wypięta tylna część ciała podziałała na funkcjonariuszy onieśmielająco, w każdym bądś razie nawet nas nie wylegitymowali:)
Póśnym popołudniem ruszyliśmy znów w góry, z zamiarem noclegu nad Jeziorem Rikawaczko. Do przejścia były dwie przełęcze, a pomiędzy nimi coś w rodzaju płaskowyżu z charakterystycznymi dla tej części Czarnogóry zapadliskami (forma zjawisk krasowych zachodzących tam bardzo intensywnie). Był tam kolejny katun, całkowicie zasypany śniegiem. Pustkowie i dwa kratery przy zachmurzonym niebie sprawiały bardzo ponure wrażenie i przywodziły na myśl krajobraz księżycowy. Na szczęście pogoda całkiem się nie zepsuła, doszliśmy do przełęczy Szirokar (1765 m) i dopiero póśnym wieczorem, na noclegu, spadł krótki deszcz. Tej nocy kontynuowaliśmy przyogniskowe śpiewy.

18.05 Czarnogórskiej gościnności ciąg dalszy
Rano obudziły nas odgłosy robotników pracujących w pobliskiej zagrodzie. Jak tylko wyjrzałem z namiotu, zobaczyłem twarze dwóch brodaczów, na mój widok kiwających na mnie zapraszająco i proponujących kawę. Z rana, przed śniadaniem, nie specjalnie pomysł przypadł nam do gustu, ale jak już zebraliśmy się do odejścia, a zaproszenie zostało ponowione i dotyczyło także rakiji, nie wypadało wręcz odmówić. Pamiętaliśmy naukę dziadka z Andrijevicy, że rakija jest "dobra, dobra i zdrowa".
Wkrótce też siedzieliśmy przy stole z trzema robotnikami i ich szefem popijając kawę i bimber, rozmowa jednak początkowo niezbyt się kleiła, aż poruszyliśmy wątek nazw różnych części Czarnogóry. Nas ten temat interesował, nasi rozmówcy dysponowali w tym zakresie pokaśną wiedzą i wkrótce dyskusja o 4 czarnogórskich plemionach (Kuczi, Bratonożiczi, Vasejoviczi, Piperi) rozgorzała w najlepsze. Nie powiem bym wszystko z tego zapamiętał, ale Bronek starannie notował, a ja dodatkowo uwieczniłem "wykład" na dyktafonie.
Mając jednak w perspektywie parogodzinną wędrówkę przez śniegi  na płaskowyż Kostrica (ok. 1850 m) i nie chcąc nadużywać gościnności gospodarzy ruszyliśmy w drogę. Do przełęczy kierowaliśmy się przez wiosenne łąki.




Po drugiej stronie czekał znów śnieg. Słońce prażyło niemiłosiernie, szliśmy przez bezleśną, powoli opadającą w dół dolinę i myśleliśmy, że nic gorszego nam się już nie trafi (doliny w krasowych górach Kuczkiej Krainy zazwyczaj pozbawione są napowierzchniowych strumieni, woda nie rześbi powierzchni, tylko pod nią znika) i za parę godzin dotrzemy do cywilizacji. Tymczasem wraz z dotarciem do granicy lasu jedna dotąd droga zaczęła się mnożyć i podążać w przeróżnych kierunkach. W ten sposób niezamierzenie zwiedziliśmy znaczną ilość dróg i dróżek, podobnie jak dno zakrzaczonego kolejnego zapadliska, jednak do Kority (ok. 1400 m) udało się dotrzeć.
Jest to dość duża wioska (coś z trzy cerkwie), z której jednak mieszkańcy wyjeżdżają na zimę. I oto była druga połowa upalnego maja, po śniegu nie został nawet ślad, a przez pierwsze parędziesiąt minut naszego pobytu nie dostrzegliśmy żywej duszy. Przychałupowe uprawy, porzucone stare samochody, domy z zamkniętymi okiennicami przywodziły na myśl osadę nagle ewakuowaną. Jednak pierwsi, nieliczni gospodarze pojawili się w oddali, a przede wszystkim znaleśliśmy ujęcie wody. Zanocowaliśmy w jej pobliżu. Widoki na albańskie góry były przepiękne...

Zostaliśmy również skontrolowani przez straż graniczną - a doświadczenie to było równie miłe, jak niezapomniane. Panowie wysiedli z terenówki i nim poprosili o paszporty przywitali się uściskując każdemu z nas dłoń. Pożegnanie wyglądało podobnie.

19.5 Bar do trzech razy sztuka, czyli pożegnanie
Wczesnym rankiem ruszyliśmy pustą drogą w kierunku Orachova, skąd miały jeśdzić autobusy do Podgoricy. Udało się jednak zatrzymać pierwszy napotkany samochód - ładę Niwę, prowadzona przez Soniego, jak się wyraził, "obywatela Stanów Zjednoczonych". W trakcie jazdy, jak rozwijała się dyskusja, dowiedzieliśmy się, że jest on Albańczykiem pochodzących z tych stron (obecnie należących do Czarnogóry) i buduje tu dom, gdzie ma zamieszkać, wraz z rodzina, na emeryturze.
Nie wyobrażał sobie możliwości nie ugoszczenia zwiedzających jego kraj cudzoziemców, więc zaprosił nas do przydrożnego baru - na tradycyjną kawę i rakiję. Potem zawiózł na peryferie Podgoricy i zapłacił za taksówkę, która dowiozła nas pod dworzec kolejowy. Nietypowy to, z naszej perspektywy, sposób okazywania gościnności. Cóż, możemy tylko brać przykład...


Szybko zwiedziliśmy Podgoricy, największe i najbardziej żywe miasto kraju, nie pozbawione uroku, choć bez wybitnych zabytków. Ale obserwacja życia na głównym deptaku zawsze jest interesująca.

Za dwa dni miało sie odbyć referendum, w którym Czarnogórcy mieli opowiedzieć się za pełną niepodległością, bądś też, za pozostaniem w federacji z Serbią. Ostatecznie wybrano samodzielność, a my mogliśmy obserwować toczącą się kampanię wyborczą.

Następnie, pociągiem pojechaliśmy, po raz trzeci już, do Baru, gdzie spędziliśmy kilka godzin na plaży, zażywając kąpieli w bardzo już ciepłym Adriatyku. Tu także dowiedzieliśmy się o osobliwym, na szczęście niepopularnym zwyczaju rzucania kamieniami w ludzi leżących na plaży, czy kąpiących się w morzu. Strat nie zanotowaliśmy.
Wieczorem wsiedliśmy w pociąg do Suboticy, tym razem do standardowego dla tego połączenia przedziału 6-osobowego (17EUR). Palący i gadatliwi współtowarzysze nie uprzyjemniali podróży...

20.05 Seged piękny jest!
Droga powrotna znów zawiodła nas do tego węgierskiego miasta - mieliśmy niespełna dwie godziny na szybką przechadzkę. Seged zasługuje by poświęcić mu znacznie więcej czasu, jednak nam najbardziej do gustu przypadł odbywający się w tym czasie festiwal win.


Zdegustowaliśmy na miejscu jedną butelkę szlachetnego napoju oraz poczyniliśmy zapasy na dalszą drogę, co było pomysłem bardzo dobrym:)
Do Bekescsaby pojechaliśmy nowoczesnym szynobusem produkcji rosyjskiej (!) z w pełni zautomatyzowanym wc, w którym drzwi (przesuwane, półokrągłe) otwierało, zamykało i blokowało się przyciskami. Następnie wsiedliśmy do pustawej Cracovii i mogliśmy już poczuć się jak w Polsce.

21.05 Epilog
Jadąc do Krakowa, już w Polsce mijaliśmy pola, wsie i miasteczka, a krajobraz, choć wiosenny, daleki był od rozbujałej, soczystej śródziemnomorskiej roślinności, którą obserwowaliśmy jeszcze dwa dni wcześniej. Bronkowi widok za oknem skojarzył się z pejzażem rosyjskim, ja miałem podobne odczucia i nie miałem na myśli komplementu...

*****

W Warszawie byliśmy po 15-ej.

*****

Chyba po raz pierwszy czułem tak wielką niechęć do powrotu. świadomość, że wyjechałem z kraju ludzi tak szczerze goszczących kawą i rakiją i gotowych bezinteresownie pomagać, kraju niedrogiej i pysznej pljeskavicy i burków, kraju zróżnicowanych pięknych krajobrazów (góry, Adriatyk, Jezioro Szkoderskie...) i wspaniałych zabytkowych miast, była autentycznie przykra.

Robert Kubajek

... a dla wytrwałych czytelników - kilka kolejnych, botanicznych powodów dla odwiedzenia Czarnogóry wiosną:)








 

KTE "TRAMP"
Szkoła Główna Handlowa
Al. Niepodległoœci 162
02-554 Warszawa
+48-22-5649784
Webmaster
<Klub Turystyczny Ekonomistów TRAMP>