Kurs Turystyki Górskiej Ceneria: outdoorowa porównywarka cen
www.ImprezyPodroznicze.pl
www.peron4.pl
www.szlaki.net.pl
www.skg.uw.edu.pl
Ryby 7-9.04.2006
RYBY 2006, czyli Bieszczady nietypowo
(7-9 kwiecień)

Na wstępie wypada zaznaczyć, że praktykowane od lat jeżdżenie w Bieszczady na przełomie zimy i wiosny "na Ryby", wbrew temu co wielu sądzi, nie ma nic wspólnego z ryb łowieniem, jedzeniem itp. Generalnie chodzi o pojechanie w góry i zrobienie imprezy w bacówce na Jaworzcu.
Skąd wobec tego nazwa "Ryby"? Wyjaśnię może innym razem:)

Prolog, czyli u Heńka w Zagrodzie Chryszczata

Uśmiech losu spowodował, że w czwartek musiałem pojechać służbowo w okolice Brzeska. No, a jak się już przyjedzie do Małopolski, to nie opłaca się wracać po południu do Warszawy, znacznie lepiej jest pojechać od razu w Bieszczady, a na piątek uprzednio wziąć urlop. Tak też uczyniłem. W efekcie już o 15-ej ruszyłem autem na przedłużony weekendowy wypoczynek.
Będąc w Brześciu nie sposób nie rzucić okiem na spuściznę jaką zostawił po sobie baron von Goetz, przede wszystkim pałac oraz browar (Okocim).




W pobliżu, choć zupełnie nie po drodze, jest zamek w Nowym Wiśniczu. Ale jak tu przegapić taką perełkę...


i takie dziwadła na zamkowym dziedzińcu:)


Nie było więc dziwne, że w Bieszczady dojechałem po zmroku i zdecydowałem się na nocleg w Smolniku nad Osławą. "Zagroda Chryszczata" miała być czynna, więc cierpliwie stukałem w drzwi i okna - aż w progu pojawił się zaspany, brodaty gospodarz. Nic nie wskazywało by poza sezonem było tam wielu gości (nieogrzany pokój), ale w budynku byłego OZ-u (oddział zewnętrzny) zakładu karnego z pobliskiego Łupkowa nie oczekuje się przecież wygód...

Dolina Osławy

Poranek był bardzo ładny, choć czuć było chłodny wiatr. Zagroda się prezentowała wcale okazale:




Mój plan jednak zakładał wycieczkę po Wysokim Dziale, który od lat mnie fascynował z racji przeczytanych opowieści o stacjonujących tam sotniach (stuosobowych oddziałach partyzanckich) UPA dowodzonych przez "Hrynia" i "Stacha". Ich obóz na Magurycznem składał się (podaję za Pascalem) z kilkudziesięciu podziemnych bunkrów, często dwukondygnacyjnych, gdzie były pomieszczenia mieszkalne, stajnie, wozownie, młyn, piekarnia, garbarnia, wędzarnia, magazyny żywności, broni itd. z wewnętrznym wodociągiem. A na pobliskiej Krąglicy szpital z salą operacyjną, izolatką i kaplicą! Dziś tego nie ma, jest gęsty las i śnieg miejscami do pasa (śnieg co prawda nie przez cały rok, ale przez większą jego część:).
Na początku jest jednak ciekawy budynek dawnej cerkwi Św. Mikołaja z 1846 r.:




Dość szybko wdrapałem się na Maguryczne i ze znacznie większymi problemami (omyłka na niewyraźnej przełączce plus głęboki śnieg) dotarłem na przeł. Żebrak. Idąc czerwonym szlakiem na Chryszczatą już współczułem mającym iść ten odcinek na Sztafecie Głównym Szlakiem Beskidzkim, bo szlak niby przetarty, ale świeży śnieg miejscami utworzył duże zaspy i odwilży wcale się nie czuje.
Po drodze najpierw miałem widok z masywu Magurycznego na masyw Chryszczatej...


a potem vice versa


Sam szczyt Chryszczatej jest bardzo ładny, ino ten betonowy ostrosłup w gęstym lesie do niczego nie pasuje...


Następnie warunki śniegowe zniechęciły mnie do wchodzenia na Dział i rezygnując w pół drogi zszedłem prosto na Jeziorka Duszatyńskie:


Już cywilizowaną i tylko lekko zaśnieżoną drogą zszedłem do Duszatynia, a stamtąd malowniczą doliną Osławy, przecinając rzekę po moście nieczynnej wąskotorówki, wróciłem do Smolnika. Te mosty wąskotorówki w paru miejscach ratują przed przechodzeniem brodów pieszo, bo na odcinku Duszatyń - Mików mostów drogowych nie ma.






Pragnienie zostania bieszczadzkim obszarnikiem kazało mi przed wieczorem pojechać jeszcze do Rzepedzi i obejrzeć działeczkę oferowaną na sprzedaż, ale nadaje się ona głównie dla kozic (zdjęcie cerkwi zrobiono poniżej tej działki...)


O zmroku dojechałem więc do Jaworzca, gdzie zgodnie z zapowiedzią panował niezły tłok, bo połączone siły grup turystycznych z Poznania i Lublina (z klubu turystycznego z UMCS - "Mimochodek") właśnie organizowały imprezę. W związku z tym jedyne wolne miejsce noclegowe było na podłodze na podeście na pięterku. Tej nocy nie pospałem więc dużo, ale za to zaliczyłem fantastyczną śpiewankową imprezę. Dowiedziałem się też, że zapaleni turyści z Lublina jeżdżąc w Bieszczady używają niezawodnego środka transportu - autostopu. Żadnych autobusów, pociągów, szybko, sprawnie i tanio!

Dolina Sanu

Poranek był znów piękny, ale po pełnej wrażeń nocy (czemu ta podłoga, na której spałem, musiała się aż tak kołysać pod krokami przechodzących obok osób?!) trudno było się nim cieszyć. Tym razem celem wycieczki były miejsca nad Sanem, pod Otrytem, przez setki lat - do 1947 r. - zajmowane przez wsie Hulskie, Krywe i Tworylne. Zobaczenie tych miejsc, obecnie rozległych łąk, było od dawna moim marzeniem i oto tego dnia miało się ono ziścić.
Droga z Jaworzca wiodła przez Krysową i Siwarnę (szlak zielony) i choć śnieg nie był bardzo duży, to zrezygnowałem z podejścia na Bukowinę, tylko zszedłem do szumiącego w dole Tworylczyka. Las był piękny, słoneczny, bukowy, potok wił się malowniczo, więc spacer jego brzegiem był samą przyjemnością.
Sielanka trwała krótko, bo Tworylczyk był coraz bardziej malowniczy, co oznaczało, że dość często brzegi jaru, którym płynął, robiły się strome i musiałem się wspinać po paręnaście metrów, a pod suchymi bukowymi liśćmi kryły się oślizgłe patyki i wilgotna ziemia.


W efekcie w pół godziny zaliczyłem więcej efektywnych "gleb" i ześlizgnięć niż chyba przez całe ostatnie dwa lata. A świadomość (na okoliczność ewentualnej poważniejszej kontuzji), że następny obłąkany lub zbłąkany turysta do jaru Tworylczyka pewnie nie zajrzy przed latem jakoś psuła mi frajdę z przebywania w tym naprawdę przepięknym miejscu... Cały czas wypatrywałem mostu, od którego miała prowadzić droga prosto do Hulskiego (i dalej do Zatwarnicy). Mostu nie było, za to po drugiej strony potoku pojawiła się droga, więc z pewnym trudem przeprawiłem się przez wodę i stanąłem wreszcie na równym i pewnym gruncie. Most stał 100 m dalej...
Drogą szło się przyjemnie, dość często rozchodził się zapach przygotowanych do wywozu bukowych "metrówek":


I w tych pięknych okolicznościach przyrody doszedłem do Hulskiego. Po wsi z 330 mieszkańcami, cerkwią, dworem, folwarkiem i młynem, dziś można oglądać ruiny cerkwi i... jedno zamieszkałe gospodarstwo.




Dalej droga do Krywego wiedzie przez bezleśną górkę o nazwie Ryli. Widok z niej rozciąga się na obie wsie, dolinę Sanu i rozciągające się za nim pasmo Otrytu (całe jak na dłoni). Po przeciwnej stronie zaś Smerek w całej okazałości. Trudno sobie wymarzyć piękniejsze miejsce. Godzinna przerwa na posiłek i drzemkę w ciepłym słońcu, to była rozkosz...




Krywe, jak widać na zdjęciu jest zamieszkałe (4 domy chyba i obora popegeerowska), jest tam nawet całoroczne gospodarstwo agroturystyczne działające na zasadach schroniska. Muszę się tam kiedyś wybrać na nocleg!
Przed wojną wieś liczyła 597 mieszkańców, z których prawie połowa nosiła nazwisko... Wajda.
Atrakcje dziś to dobrze zachowane ruiny cerkwi i dzwonnicy oraz marne resztki dworu.





Atrakcją szczęśliwie odporną na działania wojenne jest natomiast San, silnie meandrujący aż do Jeziora Solińskiego, a mi towarzyszący na drodze do Tworylnego, raz widziany ze skraju skarpy, raz z niskiego brzegu.






Droga jest bardzo przyjemna, można się też przyjrzeć dziko żyjącym zwierzętom (choć słowo "żyjącym" jest może niewłaściwe...), tym bardziej, że niektóre, widać oswojone z widokiem człowieka, wcale nie uciekają. Przeciwnie, ochoczo prezentują swe walory (przede wszystkim układ kostny:).




Ale przecież byle truchełko, choć nie pozbawiony powabu (ta figlarna raciczka:)), nie mogło mnie powstrzymać przed osiągnięciem celu, któremu Tworylne (z polska - Stworzona) na imię. Dolina, uchodząca za najpiękniejszą w Bieszczadach, jeszcze 60 lat temu była zamieszkana przez 1000 osób, była karczma, cerkiew Św. Mikołaja, 2 młyny wodne, 3 folwarki. A dziś...:






Można tam też spotkać grupkę z Lublina (z klubu "Mimochodek"), współbiesiadników z Jaworzca z poprzedniego wieczoru, którzy zmierzali na nocleg do Krywego, a dzięki którym zyskałem swoje pierwsze zdjęcie:). Byli to jedyni ludzi spotkani na szlaku (lub też na bezdrożu) przez te 3 dni w Bieszczadach...


Po rozstaniu nie pozostawało mi nic innego jak pospieszyć do Jaworzca (przez przeł. Szczycisko i w świetle księżyca wzdłuż Wetliny) na trampową "rybną" imprezę.
Ku memu niepomiernemu zdziwieniu wszyscy już wrócili z tras, ale... zjedli kolację i położyli się spać. By nie stracili imprezy postanowiłem pomóc im się obudzić, ale nie wiedzieć czemu nikt nie docenił moich dobrych przecież intencji... Nie pozostało mi nic innego jak... zjeść kolację:) Ale impreza się zaczęła jednak, piwo się lało do gardeł i na stół, Mirek i Edmund dzielnie wywijali na gitarach i było bardzo śpiewankowo.





Połonina Wetlińska

Dzień powrotu był dniem lekkiej wycieczki na Smereka, choć nie spodziewałem się tak wielkiej ilości śniegu na jego zachodnim zboczu. Po 4-godzinnej wycieczce i mokrym śniegu po kolana (uczestnicy Sztafety chyba coś o tym wiedzą) byłem przemoczony do pół-uda, a w butach mi autentycznie i dosłownie chlupała woda. Widok na Połoninę Wetlińską oczywiście nie zawiódł.


Do Warszawy wracaliśmy w czwórkę - z Agą i Wojtkiem Laskowskimi oraz Anią Frydrych. W Jabłonkach dokładnie obejrzeliśmy pomnik upamietniający poległego tu przed 59 laty gen. Świerczewskiego "Waltera". Orzeł na szczycie obelisku jest chyba jedynym orłem zrobionym z blach czołgowych:)


Towarzystwo nasze było zaiste wyborne, nie dziwne więc, że Ania zapragnęła byśmy swymi szlachetnymi osobami zaszczycili jej rodzinny dom (całkiem po drodze) i spożyli tam przygotowany specjalnie dla nas obiad. Ja też się poczułem bardzo zaszczycony, więc by to zaszczycenie okazać zjadłem wielkiego (i pysznego) kotleta schabowego, a do tego mało skromną porcję surówki z kapusty, sałatki z tuńczykiem, kiełbas i innych wędlin, śledzia (wszystko przepyszne i bez ograniczeń:)). Uczucie zaszczycenia mnie nie dalej nie opuszczało, więc podlałem to chyba litrem kompotu aroniowego (z dodatkiem soku malinowego - smakowało jeszcze lepiej niż brzmi!). Inni byli chyba nie mniej zaszczyceni ode mnie:). Tymczasem zaczął zapadać zmrok, więc wypadało wziąć na wynos pączki (deser:)), podziękować gościnnym gospodarzom i ruszać w dalszą drogę.... W Warszawie byliśmy przed pierwszą w nocy.

By zakończyć zgrabnym sloganem: TRAMPY NA RYBY, PISARZE DO PIÓR!!! :-)!

Robert Kubajek



 

KTE "TRAMP"
Szkoła Główna Handlowa
Al. Niepodległoœci 162
02-554 Warszawa
+48-22-5649784
Webmaster
<Klub Turystyczny Ekonomistów TRAMP>